niedziela, 6 września 2015

Lidzbark Welski 28-30 sierpnia 2015

 I niepostrzeżenie nadszedł koniec wakacji.. pogoda upalna nie odpuszczała. Doczekaliśmy się kolejnego terminu spotkania rometowego.  Mieliśmy wstępnie ruszyć w piątek rano ale Darkowi nie udało się urwać z pracy na cały dzień.
Zapakowałam baga Darkowi- wrzuciłam mu na motor- Darek rano pognał zwarty i gotowy do pracy. W południe miałam do niego dojechać i mieliśmy ruszyć na Lidzbark.
Pakowanie zajęło mi chwilę dłużej bo ganiałam jak kot z pęcherzem domyślając się czego Darek nie wziął...  Z piętnastominutowym poślizgiem zameldowałam się u Darka w pracy.. ups nie odebrałam przed ruszeniem telefonu i  nie wzięłam  etui do nawigacji... cóż na szczęście wzięłam mini mapę samochodową (kieszonkową). Później się ukaże, że zabrałam kilka  innych przydatnych rzeczy.

Ruszyliśmy na Lidzbark. Przez Warszawę przedarliśmy się S-ką bo jak zwykle Dolinka Służewiecka stała dęba  i potem na siódemkę i prosto... do Mławy. W Mławie na rozstajach dołączył do nas  3pstrzy... już w trójkę ruszyliśmy na Działdowo (uroczy odcinek w przebudowie- jedyne cztery wahadła) a tam odbicie na Lidzbark i ... na ul. Lipowej szybka  prośba o pomoc miłych Panów Policjantów o wskazanie gdzie jest ośrodek LECH i jesteśmy.. hurra... wśród sosen na górce  widać  motorki i znajome postaci.







Nasz apartament nr 33



R63 przyjechał ze swoją Hanią... bardzo było mi miło, zwłaszcza że Hania jest "nasza". Ani przez chwilę nie miałam wrażenia że się nie znamy.





W związku z tym że Marcin dość długo czekał na dojazd uczestników i tak się  wspomagał trunkami "na wzmocnienie" Kuba przejął funkcję organizatora dbając oto żeby kazdy się zameldował, wiedział co i jak . Kiedy posiłki.



Wyjątkowo urokliwe położenie  domków wśród drzew...


R63 dopasował motocykl pod Hanię- dosłownie- dobierając rozstaw kufrów tak aby  małżonka się dobrze wpasowała.


U Marcina pod chatką  był główny punkt zbiórki .



Wojtek się organizował. 











 wieczorem Jacuś  "powstał" w dobrym humorze



 Dojechał do nas tez Przemek (przwoj)


Krzyś odpalił swój  sprzęt grający "z biedronki". 



Wieczorem przenieśliśmy się do ognia w altanie... muzyczka, kiełbaski i pogaduchy zakrapiane piwkiem , ajerkoniaczkiem "z biedronki"  przeświecana lampką "z biedronki"
Grzecznie  w okolicach północy rozeszliśmy się do  domków.




Rano jak to na takim spotkaniu poranne oglądanie maszyn. Przeglądy, opinie i komentarze. 




Jdarecki wymienia ledy w kierunkowskazach, ( nie sprawdziły się) na normalne  żarówki.

 

Montuje ledowe "oczka" w Marcinowych lampach.





Nowy członek spotkań - Wojtek - przysłuchuje się z uwagą poradom i podpowiedziom.









Dotarł drugiego dnia Tomek  (tomwoo). Do swojego Ogara drukuje osprzęty na drukarce 3D- to np podkładka pod stopkę. A jakże pod kolor.




Rysiek chwali się swoim gadżecikiem. 


Kuba przegląda relację z Serpelic. Ojciec jakoś zapomniał mu  powiedzieć że jest :)




 Rysiek zdecydowanie jest "BANITĄ" pełną gębą co widać wyraźnie (koszulki, logo na pokrowcu, logo na motocyklu).








Operacja "ZAWORY" u Marcina...  siostro... gazik, siostro kluczyk, siostro szczelinomierz.
Główny chirurg- Bruus , asysta Darek, instrumentariusz- Marcin.




Nie tylko ja dokumentuje . Romm też pstryka. 







Nadchodzi Przemek . Zbiera się w dalszą drogę aby jak najpełniej wykorzystać urlop.




Romet Rometem ale do Junaka tez można się przysiąść. 




Krzysiek wykorzystuje każdą chwilę żeby zadbać o wygląd maszyny...  






 





No i zrobione ...







I Przwoj pojechał...


Jak Junak z Junakiem 




Tak, wiedziałam po co wpycham pompkę do sakwy , wepchnęłam też srebrną taśmę... ale  namachać się  musi już Marcin. Kara za utrącenie Darkowi lusterka jakaś  być musi :)


 Około 11 rozjechaliśmy się na objazdówki. Zrobiły się dwie podgrupy. Banici polecieli zwiedzać Nidzicę a Rometowcy polecieli na Grunwald. Prowadziliśmy bo Darek chciał przejechać po drodze przez niewielką wieś w której spędził kilka pierwszych lat życia. 






 W związku z tym że nie wzięłam etui do nawigacji z torebki strunowej i taśmy "na gada" zrobiłam prowizoryczne mocowanie  nawigacji. Dało radę.

fot. Bruus


Niestety na jednym z ostrych zakrętów był luźny gres . Darka jadącego jako ostatni na tym gresie  majtnęło mimo małej prędkości... i odruchowe podparcie się nogą zakończyło się urazem. Jeszcze na adrenalinie jednak dał radę jechać... Dotarliśmy do Grunwaldu. Tu zakupiłam bandaż elastyczny a Darek łyknął prochy przeciwbólowe. I mimo bólu wlazł na sama górę.







Głazy ze zburzonego w 1939 r pomnika grunwaldzkiego w Krakowie.






























Rometowcy planują rozbicie obozu gdzieś pomiędzy wojskami rusko-litewskimi a polskimi.

Spokojnie ... Jagiełło czuwa.













Na muzeum sobie popatrzyliśmy z zewnątrz. Jakoś cena nas  nie przekonała. A zapuszczanie żurawia przez otwarte drzwi  nie zachęcało... 




Z Grunwaldu pognaliśmy do Działdowa. Tempo narzucał Bruus , który po drodze kilka razy się zatrzymał aby uwiecznić nasz przejazd dla potomności .

Po drodze Darek zatrzymał się stwierdzając że może byśmy coś zwiedzili, jakiś kościół obejrzeli.
Wybrał o tyle ciekawie że zatrzymał się pod  Kościołem w Burkacie w którym ślub brali w 1950 roku jego dziadkowie.
















Przerwę  obiadową zarządziliśmy w Działdowie przy rynku.













Przyzwoita pizza z pieca opalanego drewnem. Smaczne pierogi.




 Przy ratuszu stoją Krzyżacy.










fot. Bruus



Banici zwiedzali zamek w Nidzicy. Uwinęli się szybko i korzystali z plaży, słońca i jeziora.

fot. R63



fot. R63

fot. R63

fot. R63

fot. Hanka

Po obiedzie i My (ja i kuśtykający Darek), Bruus, Wojtek oraz Kuba też poszliśmy nad jezioro. Trafiliśmy na inne miejsce. Był tam tylko pomost... mi nie przeszkodziło to w  wejściu do wody i popływaniu. Kuba się zamoczył i chwile popluskał a Bruus poprzestał na  opłukaniu. Ech faceci, liczyłam na jakieś towarzystwo do pływania. Wymiękli że niby zimno... cóż los foki śródlądowej jest samotny.

fot. Bruus

fot. Bruus

aparat Bruus fot. ja

Po kąpieli nadszedł czas na kolejne posiedzenie przy ogniu... Znów było miło. Znów było wesoło. Znów  Krzysiek  grał. Ale nie tylko. 

Wieczorem dotarli Mnich z  Agą.  

















 




Darkowi kolanko dokuczało. Poruszał się "o kosturze". 



Kolejny poranek łudząco podobny do poprzedniego. 


Włoski umyte , gładko zaczesane, kawusia, tramalik- cóż więcej trzeba do szczęścia :)


Gatki  "na zlot"



Dzięcioły od rana wygrywały koncerty perkusyjne. 





Test bezpieczeństwa w drodze na śniadanie.



Po śniadaniu nadszedł czas na pakowanie i powoli zaczęliśmy się rozjeżdżać. Hania i Rysiek już zwarci i gotowi. 





Krzysztof  i Robcw  odjechali.





Bruus
  
I My... zostali tylko Mnich i Aga.
fot. Mnich

fot. Mnich

Do Działdowa i potem przez wahadła do Mławy towarzyszył nam Bruus w Mławie pognał na Ciechanów.  
W Wiśniewie dogoniliśmy Romma  i razem dojechaliśmy do Nowego Dworu gdzie Romm odbił unikając potencjalnych miejskich korków. 

Dotarliśmy do domu  ok 15:30. Po obiedzie niestety jazda do ortopedy i uroczy wieczór w szpitalu. 


A na pamiątkę  mamy kule kolor niebieski metalic oraz pod kolor błękitna orteza i nadszarpnięta łękotka. Ale co tam... Do zobaczenia niebawem

zlot Banitów (11-13 września) a potem ognisko u nas w Adamowie(18-20 września).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz