sobota, 10 października 2015

Zakończenie sezonu BAM- Tyrawa Solna 11-13 września 2015

foto Siara



Długo szykowaliśmy się do tego wyjazdu. Początkowo miałam nie jechać bo w tym samym terminie była II Ogólnopolska Konferencja Genealogiczna  w Brzegu. I tu fajnie i tu ciekawie... i miotałam się z decyzją. W końcu uznałam że tęsknota za Bieszczadami wygrywa..., bo w maju byłam w Karpaczu na szkoleniu,  to mam Dolny Śląsk zaliczony a towarzysko z genealogami  spotkam się jakoś przy innej okazji. Rzutem na taśmę mąż dopisał mnie do listy uczestników zlotu.
Babcia zaklepana jako opiekunka. Dzieciaki zdrowe , zlot coraz bliżej a po drodze zlot w Lidzbarku i  ... i mąż załatwił sobie kolanko. Trudno, pojedziemy autem.
Zlot już za tydzień ale... w poniedziałek wzywają mnie z przedszkola- młodszy ma 39 stopni gorączki... ghrrrrr. Sytuacja opanowana. Gorączko jednodniowa ale profilaktycznie młody zostaje w domu. Środa- kot zrobił sobie kuku i ma na plecach krwawą dziurę średnicy  prawie 10 cm po pękniętym ropniu- weterynarz, antybiotyk- spoko Babcia i kota ogarnie...
Wstępnie planowaliśmy wyjechać w czwartek rano i zrobić sobie objazd krajoznawczy skoro i tak autem  to możemy.. ale jakoś tak mężowski urlop się przesuwał i w końcu z wcześniejszego wyjazdu nici.

Auto spakowane. Ruszamy w piątek rano. Dojechaliśmy prawie do Warki kiedy zadzwonił szef jdareckiego  zdziwiony wielce, że nie ma go w pracy i że ma się zjawić i  zorganizować ludzi pokazując im robotę do zrobienia (dziury do łatania w ramach remontów cząstkowych). Wściekły mąż zmienił trasę na kierunek przeciwny do planowanego. Chciał mnie zostawić w domu po drodze i psioczył "już sobie na zlot pojechaliśmy" . Coś mnie tknęło znając jego szefa - czy aby on pamięta że  dał urlop. Cóż oczywiście szef zapomniał że wczorajszego dnia podpisywał sam osobiście wniosek urlopowy na urlop zarezerwowany od czerwca...  ale wrócić się musieliśmy...  I tak ostatecznie spod Janek koło Raszyna ruszyliśmy o 10:00.

Zamiast jechać krajobrazowo opłotkami  piłowaliśmy prosto Grójec-Radom- Iłża (tu na widok pięknego zamku  jdarecki stwierdził że zabytki już mamy zaliczone to możemy wracać)- Opatów- Rzeszów.
 

 

Zwiedzanie z auta. Opatów Pstrykałam- na szczęście mam dobry stabilizator obrazu w aparacie.

 I tu po małym korku w mieście jdarecki wjechał w sobie tylko znane boczne dróżki - był już u siebie (przez prawie trzy lata był na kontrakcie w Jarosławiu i poznał dość dokładnie teren  Bieszczad, Roztocza i Podkarpacia). Dalej Dynów  i koło 17:00 dotarliśmy do Tyrawy Solnej. Po drodze przejechaliśmy  przez drogę z betonowych płyt. Autem było ciężko a co dopiero motorkiem- koledzy  donieśli że nawigacja ich też tędy na skróty przewiozła.


Przywitał nas Verdgar. Wskazał domek. Rozlokowaliśmy się. Przywitaliśmy z nieznanymi  nam Bamowcami i poszliśmy poszukać już znanych (Krzyśka , Ryśka , Stacha, Roberta i Tomka).









 Na miejscu był tez już Gryf na swoim K125


Już zBAMowany :-)



 Dojeżdżają Siara z Wiewiórą



  Przyczyna  naszego przyjazdu autem - jak widać na obrazku. Jeszcze zakres ruchów narzucony odgórnie 0-30 stopni - no ciut za mało żeby operować biegami w motorze.

Widoki na teren  ośrodka i wokół


 Poszliśmy poszukać już znanych (Krzyśka , Ryśka , Stacha, Roberta i Tomka).

 

Panowie gościli się w najlepsze w swoich apartamentach.





Ruszyliśmy poznawać kolejnych uczestników zlotu.  Po drodze oczywiście  podziwianie i przymiarki.

Na tarasie sąsiedniego domku atmosfera się zagęszczała. Chwilami zastanawiałam się ile osób wytrzyma. 








I co to byłby za zlot bez oglądania...



a tarasowa imprezka się rozkręca.









Verdgar  rozdaje naklejki (ale przed zbiera kasę za pobyt... obowiązki organizatora )

 Dorota częstuje nalewkami





foto. Siara














Trzeba zameldować się żonie  że się córkę w całości  doeskortowało .















Dojeżdżają kolejni - R63 i Tomwoo












 A Verdgar nieustannie  "funkcyjny" z każdym nowym przybyszem trzeba dopełnić obowiązków formalnych.


















 A  w domku na górce impreza ze  śliwowicą łącką w tle.






I w końcu zbieramy się na kolację









Jest i właściciel ośrodka z futrzastym rudym towarzyszem.





I wjechał na stół żur- nawet mój mąż, który zazwyczaj za żurem nie przepada zjadł dolewkę nieświadomy, że po żurku przyniosą wielki talerz pierogów... było pysznie.


















Po kolacji impreza przeniosła się do podwójnego domku, w którym
zakwaterowani byli panowie "solo". Krzysiek wyposażony tym razem w wielki przenośny głośnik zadbał o oprawę muzyczną. Domki wyposażone w piłkarzyki (i nie tylko), które szybko stały się centralnym miejscem. Impreza trwała długo. Niestety długa podróż i kontuzja jdareckiego  nie dały nam towarzyszyć za długo. Z perspektywy naszego domku widzieliśmy  zabawę dziewczyn na  karuzeli. No dobra - głównie słyszeliśmy :-)

Ranek powitał nas po Bieszczadzku- deszcz i mgła. Zanim rozpadało się na dobre przeszliśmy się po  terenie ośrodka. 
foto Siara
foto Siara
foto Siara
foto Siara
 

Powoli towarzystwo budziło się. Miny  były nieciekawe bo wyglądało że pogoda pokrzyżuje plany objazdówki. Właściciel  ośrodka pojechał się zorientować czy nie da się zorganizować jakieś autokaru żeby awaryjnie  móc coś obejrzeć. 

O dziewiątej śniadanie. Smacznie... w jakże miłym towarzystwie.

foto Siara






Oczywiście  rudzielec tez musiał nam towarzyszyć. 


fot. Sylwia (Umek)


























Po śniadaniu atmosfera wyczekiwania-  czy  przestanie padać??



W związku z tym, że pogoda nam  nie wadziła w związku z tym, że byliśmy autem chcieliśmy się wybrać  na przejażdżkę "winklami" i nie tylko nie czekając na poprawę pogody. Rysiek i Tomek też chętnie  się z nami zabrali zwłaszcza że Tomka jakieś choróbsko rozkładało. 
Po śniadaniu ruszyliśmy. Najpierw Lesko. Na prośbę Rysia  zajrzeliśmy do Synagogi z nadzieją  na zakupy  pamiątek na zamówienie Hani, w znajdującej się tam galerii. Niestety galeria była nieczynna (akurat w ten weekend).

















 Obok synagogi jest kirkut. Pan "klucznik" nie wziął opłaty od Darka ze względu na jego  kontuzję. Od kaleki  nie chciał pieniędzy  :-)


Wandale  zawsze się znajdą ale poza  jakimiś  drobiazgami  cmentarz  jest  w dobrym stanie. Nagrobki obrastają mchem zapomnienia i powoli pochylają się do ziemi jednak  jest  to naturalny  proces zapominania. Przyspieszony niestety faktem że  nie ma wśród żywych potomków pochowanych tu ludzi... jest tu jednak ciągle pamięć ludzka.






 W dwóch miejscach na "plechach" starych macew są zamontowane nowe tablice.



































foto Tomwoo

foto Tomwoo


foto Tomwoo




  Ryneczek z fontanną w Lesku


Z Leska pojechaliśmy  do Krościenka zatrzymując się w lokalnym browarze gdzie oprócz piwa były wyroby ceramiczne  - Ryś zakupił ceramiczny odcisk wilczej łapy a ja bieszczadzkiego  aniołka .


Granica w Krościenku. 
 A w tym czasie reszta ruszała na "winkle"
foto Verdgar

Niedaleko od granicy rosły gigantyczne  barszcze Sosnkowskiego. Były już zasuszone i przekwitłe więc nie parzyły. Do kwitnącego nie wolno  podchodzić bo jest to niebezpieczne.







O tam kiedyś było nasze .




Gdzie ? No tamoj !!!










Pojechaliśmy dalej do Ustrzyk Dolnych  z zamiarem  jazdy do Ustrzyk Górnych , Wetliny. 

W Czarne Górnej przypomniałam sobie o Bieszczadzkiej Przystani Motocyklowej. Nikt z nas nie wiedział gdzie to miało być. Na szczęście zasięg był dobry i udało mi się w telefonie znaleźć ich stronę i adres. Po wpisaniu w nawigację Hołowczyc stwierdził "1200 m do celu". Na miejscu okazało się że są tu NASI.













Miejscowa kapliczka  robi furorę. 





Popas przy kawce/herbatce w lokalnym kubasie... jest czas na rozmowy. Wesoło dość nam wszystkim.





foto Verdgar




























 Wygodna trzymana w konwencji ławeczka dla tych którzy zbyt długo kuśtykać nie mogą


Banici tu byli .








Zbieramy się... Banici na motorach jadą w dół do Ustrzyk Dolnych  a potem na Solinę a my w Górę do Ustrzyk Górnych i dalej pokazywać Tomkowu Bieszczady- poza nim wszyscy już tu byliśmy i cieszy nas pokazywanie tego urokliwego kawałka Polski komuś  kto dopiero je odkrywa.






My podziwiamy widoki od strony Wielkiej Pętli  a grupa motorowa zwiedza Solinę
fot. Verdgar


a potem wybrali się na punkt widokowy

fot. Verdgar
fot. Verdgar


My podziwiamy  widoki.




Z uwagi na Rysia musieliśmy :-) 



  I po raz kolejny  minęła nas duża grupa motocyklistów. Tomwoo stwierdził że przez całe życie chyba tylu motocykli nie widział co tu w Bieszczadach.



Dobry stabilizator obrazu i pstrykam zdjęcia widoków z samochodu... 







Za Wetliną zatrzymaliśmy się na pstrąga prosto ze stawu. Buda niewyględna ale sprawdzona przez Darka i mnie kilka lat temu.













foto Tomwoo

foto Tomwoo


Chwilę trzeba było poczekać ale  podano nam herbatę i szczerzące zęby pstrągi .




Stąd ruszyliśmy w kierunku na Polańczyk skręcając za Rozsypańcem.  Lekko  się nam zabłądziło na jednym  rozwidleniu ale dzięki temu   kilka pięknych widoków więcej mam w aparacie.

















W końcu dotarliśmy do Soliny. Fuksem zaparkowaliśmy przy samym deptaku- przywileje dla  kuśtykającego Darka. 









Na Tamie spotkaliśmy Naszych - podgrupkę która z całą ekipą  nie wybrała się na"winkle".












foto R63



Na murach tamy jest specyficzny mural- nie malowany a  "wymyty" karcherem. 




Suszę widać na Zalewie. Poziom lustra wody jest  kilka metrów niżej niż trzy lata temu. Po drodze  widzieliśmy  zatoczki w których zamiast wody było tylko bieszczadzkie błocko.


 Na tamie prezentowano  tego dnia Porsche. Nawet ładne, ale i tak nasze  motorki są ładniejsze.



Na deptaku co i rusz mijaliśmy  ludzi w strojach motocyklowych.


A w Lesku w czasie powrotu wyprzedził nas cudnie zrobiony maluch na żółtych tablicach... 

Dzięki trosce Wojtka (3pstrzy) mimo spóźnienia obiad na nas czekał... nie daliśmy mu rady . Po pysznej pomidorowej schabowe  giganty nas pokonały.

Wieczorem było ognisko. Nad Sanem w przygotowanym miejscu ze stołami, światłem itp. Przyszliśmy trochę później z uwagi na to że najpóźniej po jedynych 220 km zjechaliśmy do ośrodka.
Verdgar rozdawał dyplomy i gadżety nowym w gronie Banitów.  Nagłośnienie organizował Krzysztof

foto Siara

Nie ukrywam idiotycznie się czułam idąc za głosem (głośnik  miał Krzysztof) oślepiona światłami  bo weszliśmy z zupełnej ciemności a głos mówił że nie tu :) ale jakoś się udało trafić.  Ognisko na szczęście dokumentował Siara.

foto Siara
foto Siara

foto Siara



Jony zadbał o  tradycyjny chleb "zlotowy' ze smalcem.
foto Siara


Uhonorowany dyplomem za najdłuższą trasę  przejechaną na zlot na motocyklu o najmniejszej pojemności  został Gryf- zdecydowanie Adrian zasługiwał na wyróżnienie.
Leon jako mistrz zmiany tez został zauważony. 
Niezwykle miło było oficjalnie dołączyć do grona Banitów.


foto Siara

foto Siara

foto Siara



Po udanym wieczorze nadszedł pogodny poranek niedzielny.
foto Siara

Kilka osób już bladym świtem odjechało. Reszta w dobrych nastrojach  zeszła się na śniadanie. Kawki, herbatki.. rozmowy.













foto Siara
foto Siara
I zaczęło się ogólne pakowanie, zbieranie, sprawdzanie... W związku z tym, że okazało się że Verdgar z Umkiem mieszkają od nas rzut beretem i to vis a vis  naszych znajomych a i że my  na czerech kółkach z wolną przestrzenią  załadunkową a Verdgar i Umek pędza dalej na Bałkany- dostąpiliśmy zaszczytu  przewiezienia i przechowania  Bamowego banera.






Ogólne pożegnania , uściski... ucałowania



  Na nas też przyszła pora




 Tym razem droga nas jakoś nie  przerażała, pożegnała nas widokami


Reklama z pozdrowieniami dla Rysia (R63)


Wracając zwiedziliśmy sobie Sandomierz i Opatów 






Opatów









Do zobaczenia wiosną!!!





















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz