Sobota była piękna. Błękitne niebo usiane białymi cumulusami. Ciepło ale nie upalnie. W sam raz na jazdę. Mieliśmy na objazd okolicy ruszyć ok 11:00. Drzemka postawiła mnie na nogi... Koło jedenastej zaczął się robić ruch. Wszyscy szykowali się do drogi. Ubierali, rozgrzewali maszyny. Pakowali najpotrzebniejsze rzeczy. W końcu Raven jako organizator ruszył.
Zwarta grupą pomknęliśmy w kierunku Mielnika - na przeprawę promową. Wśród mieszkańców sennych podlaskich wiosek wzbudzaliśmy żywe zainteresowanie.
Zjechaliśmy nad Bug. Przed nami w kolejce były dwa auta i kilku rowerzystów. W pierwszej turze załapał się Raven, Bruus i kilka innych osób.
Prom niewielki i w dodatku ręczny ale miał niewątpliwą zaletę dla nas - finansowany przez gminę czyli przejazd nieodpłatny.
Miejsce malownicze - przyjemnie było czekać podziwiając widoki...sami tez staliśmy się obiektem "podziwiania" zwłaszcza przez maluchy ze spływu kajakowego.
W drugiej turze załapaliśmy się my, jeden "nasz" samochód i inne auto i rowerzyści, Było dość ciasno. Ale robcw filmował wszystko zacięcie za pomocą kasku (kamerka mocowana do kasku)
czego efekt można już podziwiać film z objazdówki.
Ostatnia grupa "naszych" i "nasze auto" czekają na swoją kolej.
A robcw filmuje.
Na drugim brzegu zapanowało miłe rozluźnienie.
Wszyscy oczekiwali przybycia "zbokowozu"
Na zlocie było sześć K125 - pięć srebrnych - poniżej trzy z nich
Tu kolejne dwa srebrne K125 a szóstym jest moje - czarne . Nie dość że jedyna kobitka to na jedynym w towarzystwie czarnym K
Prom ruszył po ostatni nasz samochód. Widać było po chłopaku machającym wyciągarką, że myśli tylko o tym żeby przeprawić to auto i chwila przerwy... a tu nagle na drugim brzegu słychać charakterystyczne dźwięki - nad brzeg zajechał kolejny zlot.
Fantastycznie nasze maszyny wyglądają w takiej ilości.
Z promu przez Mielnik po kilku nawrotkach (nawigator się zagubił nieco) dotarliśmy do Dziury w ziemi czyli do wyrobiska kredy w Mielniku. Jest to jedyne w Polsce odkrywkowe wyrobisko kredy, a sama kreda wykorzystywana jest w niezwykle wielu produktach.
Przed ruszeniem dalej konsultacje nawigacyjne - i tak z raz zawracaliśmy.
Kolejnym miejscem postojowym znów po jakiejś nawrotce nawigacyjnej była granica z Białorusią w Koterce. Jechaliśmy w miarę trzymając szyk. Niestety na przedzie jechały mocniejsze maszyny dla których 60-70 km/h to nie prędkość przelotowa a manewrowa... a my słabsi lub bardziej dociążeni zostawaliśmy w tyle. Moje K dawało radę ale nic chciałam porzucać męża i bujaliśmy się z tyłu. Mimo tej małej nieprzyjemności byłam pod wrażeniem spontanicznej organizacji. Grupa na przedzie zawsze obstawiała skrzyżowania zapewniając bezpieczny przejazd całej kolumnie. No i ta radość dzieciaków kiedy przemknęliśmy przez jakąś wieś trąbiąc na zakręcie. Co jakiś czas wyprzedzał nas robcw żeby sfilmować nasz przejazd.
Tak, autem 1:30 a nam bagatela 5 godzin zajęło.
Na ostatnim odcinku przed granicą robcw wyprzedził nas. Miał zamiar filmować nasz podjazd na miejsce. Stał tam patrol straży granicznej w aucie. Robcw został zatrzymany- lekko się przestraszył nawet ale szybko wyjaśnił kim jest i ledwo to zrobił usłyszeli dźwięk jak rój pszczół. Zdążył jedynie dodać że zaraz nas będzie więcej i zwarta grupa rometowców wyłoniła się zza zakrętu.
Po chwili dojechali dwaj pogranicznicy na motorach. Pozwolili nam podejść do samej granicy (15m od słupa granicznego), prosili żebyśmy nie robili zdjęć. Opowiedzieli nam o granicy, o tym jak wygląda to po polskiej a jak po białoruskiej stronie. Najbardziej ciekawe było dla mnie to że po polskiej stronie tereny użytkowe dochodzą często do samego pasa przygranicznego (15m ) lub wręcz do samych słupów. Po stronie białoruskiej 800 m od granicy nie ma zabudowań, pól, łąk i innych terenów użytkowych - zakaz wstępu. No i mimo że nikogo nie było widać z tamtej strony, miałam wrażenie że byliśmy obserwowani. Jak nic poszła notka do władz że polskie "nocne wilki" próbują abordażem przekroczyć granicę na rometach.
| Pogranicznik - autor zdjęcia - Mnich |
| Patrol na motorach i biedny "maglowany" robcw - autor zdjęcia Mnich |
| autor zdjęcia - Mnich |
| Rzut okiem na granicę -autor zdjęcia - Mnich |
Po wizycie u pograniczników padła decyzja o zbiorowym zdjęciu - kilka osób utknęła w lesie (poziomki i jagody chyba zbierali) i nie załapała się na fotkę - szkoda. Ale zanim "rodzinna fotka" to najpierw mniejsze grupki.
Postój to tez okazja do szybkich poprawek - Igor nie byłby sobą gdyby chwilę nie pogrzebał w swojej maszynie - albo czyjejś.
W końcu udało się nas jakoś ustawić,
i po zmianie fotografa Mnich zastąpił mnie.
A teraz można spokojnie pójść obejrzeć piękna niebieską cerkiew pw. Ikony Matki Boskiej "Wszystkich strapionych radość"
| autor zdjęcia - Mnich |
| autor zdjęcia - Mnich |
Wśród otaczających cerkiew krzyży przechadzał się bocian.
Jako że poza motocyklem moja pasją jest genealogia nie omieszkałam sfotografować nagrobków - a nuż widelec kiedyś się przydadzą.
Kiedy ja pstrykałam kolejne ujęcia cerkwi lub nagrobków mąż orzeźwiał się wodą z źródełka.
| autor zdjęcia - Mnich |
Po zwiedzaniu czas ruszyć w dalszą drogę.
Kierunek Grabarka oczywiście po drodze pilot przejechał skręt i kolejny raz robiliśmy nawrotkę.
Odbudowana po pożarze w 1990 roku cerkiew jest ładna ale jakoś mnie nie ujęła. Błękit cerkwi w Koterce czy mijane inne cerkwie bardziej cieszyły moje oko.
Jednak prawdziwe wrażenie robiły krzyże intencyjne... setki, tysiące, cały las. Każdy wniesiony tu przez kogoś. Niektóre stare, chylące się ku ziemi, jedne maleńkie inne wielkie. Za każdym stoi jakaś prośba. Jakaś modlitwa.
Po chwili od naszego pojawienia się pod cerkwią pojawił się pop i otworzył ją do zwiedzania. Pokornie narzuciłam chustkę na głowę i weszłam obejrzeć wnętrze. Było dość ciemno a ne chciałam używać flesha więc zdjęcia nie są najlepsze. I tu tez lekkie rozczarowanie. Wnętrze bogate ale jakoś mnie nie powaliło. Miałam odczucie odpustowości a nie prawdziwego uduchowienia miejsca...
Choć niektóre detale zachwycały.
Z Grabarki z ssącymi żołądkami ruszyliśmy do Siemiatycz coś zjeść. Nie było to malownicze miejsce a stacja benzynowa Shell. Jedzenie nawet nawet. Gigantyczne schabowszczaki a wcześniej "zupa papieska" czyli smaczna jarzynowa.
| autor zdjęcia - Mnich |
Z Siemiatycz już lekko padnięci pognaliśmy do Ośrodka Ostoja. Obowiązkowo drogę filmował robcw.
Na miejscu po zdjęciu ciuchów motorowych i po uzupełnieniu płynów- zwłaszcza złotych i zimnych odzyskaliśmy siły. Raven rzucił się z lista po uczestnikach zlotu skrupulatnie notując ilość kilometrów pokonanych aby dotrzeć na zlot.
Miły relaks w miłym towarzystwie
I znów trwają rozmowy, dyskusje i wymiany opinii.
Oczywiście objazdówka ujawniła pewne problemy. Bruus stwierdził że coś mu hamulec nie działa jak powinien - no trze ja diabli. Igora dwa razy nie trzeba prosić. Już rozkłada, zagląda, poprawia. Darkowi też zerknął i stwierdził że hamulec praktycznie blokował mu przednie koło. U mnie na szczęście konsylium stwierdziło tylko zwyczajne rometowskie piszczenie.
Taaak. Igor się męczy a panowie piwko sobie sączą. Cóż piwko Igora nie rajcuje za o papranie się po łokcie w smarze i innych płynach ustrojowych Rometa tak i to bardzo.
Dojechała na zlot córka Roberta- "Leśniczynka" lubująca się w jednośladach. Straciłam status "jedynej" ale bez zazdrości. Dzień powoli się kończył. Przyszedł czas na ognisko. Rozmowy trwały.
W czasie ogniska Raven rozdał dyplomy za udział w zlocie. O ile dobrze pamiętam palmę pierwszeństwa miał Gryf z ponad 700 km.
Wieczorem przeżyliśmy chwilę grozy. Na teren ośrodka wkroczyło wilko podobne zwierze. Bruus i jdarecki pewni byli że to wilk dla mnie był to nie do końca rasowy husky w kiepskiej kondycji. Cóż nie będę się kłócić z panami po piwkach, zwłaszcza że "bestia" majestatycznie oddaliła się poza ogrodzenie.
Ale tego wieczora to nie był koniec przygód. Po objazdówce kilka osób pojechało jeszcze do Janowca Podlaskiego i nie tylko. Wśród tych osób był explo997. Nie wracał dość długo. Koło północy dodzwonił się do kogoś informując, że złapał kichę i utknął gdzieś po drodze w kierunku na Białą Podlaską. Igor nie potrzebował długo się zastanawiać. Po chwili był zwarty i gotowy. zaopatrzony w pożyczone od nas łatki, swój spray naprawczy ruszył. Bruus krzyczał za nim żeby skręcał na Biała Podlaską- oczywiście pojechał na Białystok- ale w końcu się zreflektował. Na odsiecz ruszył tez 3pstrzy który jechał do domu. Z relacji Igora wynikało że łatwo nie było ale udało im się w świetle ze "zbokowozu" naprawić dętkę. Po objazdówce byliśmy tak padnięci, że struktura wersalki a'la Karpaty nie przeszkadzała mi zasnąć snem kamiennym. I tak zakończył się dzień drugi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz