sobota, 18 lipca 2015

VIII zlot miłośników Rometa w Serpelicach 26-28 czerwca 2015- dzień drugi -objazdówka

Sobota była piękna. Błękitne niebo usiane białymi cumulusami. Ciepło ale nie upalnie. W sam raz na jazdę.  Mieliśmy na objazd okolicy ruszyć ok 11:00. Drzemka postawiła mnie na nogi...  Koło jedenastej zaczął się robić ruch. Wszyscy szykowali się do drogi. Ubierali, rozgrzewali maszyny. Pakowali najpotrzebniejsze rzeczy. W końcu Raven jako organizator ruszył. 
Zwarta grupą pomknęliśmy w kierunku Mielnika - na przeprawę promową. Wśród  mieszkańców sennych podlaskich wiosek wzbudzaliśmy żywe zainteresowanie. 
Zjechaliśmy nad Bug. Przed nami w kolejce były dwa auta i kilku rowerzystów. W pierwszej turze załapał się Raven, Bruus i kilka innych osób. 
Prom niewielki i w dodatku ręczny ale miał niewątpliwą zaletę  dla nas - finansowany przez gminę czyli przejazd nieodpłatny. 
Miejsce malownicze - przyjemnie było czekać podziwiając widoki...sami tez staliśmy się obiektem "podziwiania" zwłaszcza przez maluchy ze spływu kajakowego.





W drugiej turze załapaliśmy się my, jeden "nasz" samochód i  inne auto i rowerzyści,  Było dość ciasno. Ale robcw filmował wszystko zacięcie za pomocą kasku (kamerka mocowana do kasku)
czego efekt można już podziwiać film z objazdówki.




Ostatnia grupa "naszych" i  "nasze auto" czekają na swoją kolej.




A robcw filmuje.
 




Na drugim brzegu zapanowało miłe rozluźnienie.








Wszyscy oczekiwali przybycia "zbokowozu"

























Na zlocie było sześć K125 - pięć srebrnych - poniżej trzy z nich


Tu kolejne dwa srebrne K125 a szóstym jest moje - czarne . Nie dość że jedyna kobitka to na jedynym w towarzystwie czarnym K





Prom ruszył po ostatni nasz samochód. Widać było po chłopaku machającym wyciągarką, że myśli  tylko o tym żeby przeprawić to auto i chwila przerwy... a tu nagle na drugim brzegu słychać charakterystyczne  dźwięki - nad brzeg zajechał kolejny zlot. 










Fantastycznie nasze maszyny wyglądają w takiej ilości.








Z promu przez Mielnik po kilku nawrotkach (nawigator się zagubił nieco)  dotarliśmy do  Dziury w ziemi czyli do wyrobiska kredy w Mielniku. Jest to jedyne w Polsce odkrywkowe wyrobisko  kredy, a sama kreda wykorzystywana jest w niezwykle wielu produktach. 



















Przed ruszeniem dalej konsultacje nawigacyjne - i tak  z raz zawracaliśmy.



 

 

 


Kolejnym miejscem postojowym znów po jakiejś nawrotce nawigacyjnej była granica z Białorusią w Koterce. Jechaliśmy w miarę trzymając szyk. Niestety na przedzie jechały mocniejsze maszyny dla których  60-70 km/h to nie prędkość przelotowa a manewrowa... a my słabsi lub bardziej dociążeni zostawaliśmy w tyle. Moje K dawało radę ale nic chciałam  porzucać męża i bujaliśmy się z tyłu.  Mimo tej małej nieprzyjemności byłam pod wrażeniem spontanicznej organizacji.  Grupa na przedzie zawsze obstawiała skrzyżowania zapewniając bezpieczny przejazd  całej kolumnie. No i ta radość dzieciaków kiedy przemknęliśmy przez  jakąś wieś trąbiąc na zakręcie. Co jakiś czas wyprzedzał nas robcw żeby sfilmować  nasz przejazd.



Tak, autem 1:30 a nam bagatela  5 godzin zajęło.



Na ostatnim odcinku  przed granicą robcw wyprzedził nas. Miał zamiar filmować  nasz podjazd na miejsce. Stał tam patrol straży granicznej w aucie. Robcw został zatrzymany- lekko się przestraszył nawet ale szybko wyjaśnił kim jest i ledwo to zrobił  usłyszeli  dźwięk jak rój pszczół. Zdążył jedynie dodać że zaraz nas będzie więcej i zwarta grupa rometowców wyłoniła się zza zakrętu.
Po chwili  dojechali dwaj pogranicznicy na motorach. Pozwolili  nam podejść  do samej granicy (15m  od słupa granicznego), prosili żebyśmy nie robili zdjęć. Opowiedzieli nam o granicy, o tym jak wygląda to po polskiej a jak po białoruskiej stronie. Najbardziej ciekawe było dla mnie to że  po polskiej stronie tereny użytkowe dochodzą często  do samego pasa przygranicznego (15m ) lub wręcz do samych słupów. Po stronie białoruskiej  800 m od granicy nie ma zabudowań, pól, łąk i innych terenów użytkowych - zakaz wstępu. No i mimo że nikogo nie było widać z tamtej strony, miałam wrażenie że byliśmy obserwowani. Jak nic poszła notka do władz że polskie "nocne wilki" próbują abordażem przekroczyć granicę na rometach.
Pogranicznik - autor zdjęcia - Mnich

Patrol na motorach i biedny "maglowany" robcw - autor zdjęcia Mnich

autor zdjęcia - Mnich

Rzut okiem na granicę -autor zdjęcia - Mnich
 

Po wizycie u pograniczników padła decyzja o zbiorowym zdjęciu - kilka osób utknęła w lesie (poziomki  i jagody chyba zbierali) i nie załapała się na fotkę - szkoda. Ale zanim "rodzinna fotka" to najpierw mniejsze grupki.
 

 

 

Postój to tez okazja do szybkich poprawek - Igor nie byłby sobą gdyby  chwilę nie pogrzebał w swojej maszynie - albo czyjejś.
 

 W końcu udało się nas jakoś ustawić,

 
 
  i po zmianie fotografa Mnich zastąpił mnie.

A teraz można spokojnie pójść obejrzeć piękna niebieską cerkiew pw. Ikony Matki Boskiej "Wszystkich strapionych radość"

autor zdjęcia - Mnich



autor zdjęcia -  Mnich

 
 


Wśród otaczających cerkiew krzyży przechadzał się bocian.


 

Jako że poza  motocyklem moja pasją jest  genealogia nie omieszkałam sfotografować nagrobków - a nuż widelec kiedyś się przydadzą.


 
Kiedy ja pstrykałam kolejne ujęcia cerkwi  lub nagrobków mąż orzeźwiał się wodą z źródełka.
autor zdjęcia - Mnich

 

 
 


 





Po zwiedzaniu czas ruszyć w dalszą drogę.

Kierunek Grabarka oczywiście po drodze pilot przejechał skręt i kolejny raz robiliśmy nawrotkę.









 Odbudowana po pożarze w 1990 roku cerkiew jest ładna ale  jakoś mnie  nie ujęła. Błękit cerkwi w Koterce  czy mijane  inne cerkwie bardziej  cieszyły moje oko.
Jednak prawdziwe wrażenie robiły krzyże intencyjne... setki, tysiące, cały las. Każdy wniesiony tu  przez kogoś. Niektóre stare, chylące się ku ziemi, jedne maleńkie inne wielkie. Za każdym stoi jakaś prośba. Jakaś modlitwa.





 

















Po chwili od naszego pojawienia się pod cerkwią pojawił się pop i otworzył ją do zwiedzania. Pokornie narzuciłam chustkę na głowę i weszłam obejrzeć wnętrze. Było dość ciemno a ne chciałam używać flesha więc zdjęcia  nie są najlepsze. I tu tez lekkie rozczarowanie. Wnętrze bogate ale jakoś mnie nie powaliło.  Miałam odczucie odpustowości a nie prawdziwego uduchowienia miejsca...



 Choć niektóre detale  zachwycały.












Z Grabarki z ssącymi żołądkami ruszyliśmy do Siemiatycz coś zjeść. Nie było to malownicze miejsce a stacja benzynowa Shell.  Jedzenie nawet nawet.  Gigantyczne schabowszczaki a wcześniej "zupa papieska" czyli smaczna jarzynowa.

autor zdjęcia - Mnich

Z Siemiatycz już lekko padnięci  pognaliśmy do Ośrodka Ostoja. Obowiązkowo drogę filmował robcw.


Na miejscu  po zdjęciu ciuchów motorowych i po uzupełnieniu płynów- zwłaszcza złotych i zimnych odzyskaliśmy siły. Raven rzucił się z lista po uczestnikach zlotu skrupulatnie notując ilość kilometrów pokonanych aby dotrzeć na zlot.




 Miły relaks w miłym towarzystwie





I znów trwają rozmowy, dyskusje i wymiany opinii. 







Oczywiście objazdówka ujawniła pewne problemy. Bruus stwierdził że  coś mu hamulec nie działa jak powinien - no trze ja diabli. Igora dwa razy nie trzeba prosić. Już  rozkłada, zagląda, poprawia.  Darkowi też zerknął i  stwierdził że hamulec praktycznie blokował mu przednie koło. U mnie na szczęście konsylium stwierdziło tylko zwyczajne  rometowskie piszczenie.



Taaak. Igor się męczy a panowie   piwko sobie sączą. Cóż piwko Igora nie rajcuje za o  papranie się po łokcie w smarze i innych płynach ustrojowych Rometa tak i to bardzo.


 Dojechała na zlot córka Roberta- "Leśniczynka" lubująca się w jednośladach. Straciłam status "jedynej" ale bez zazdrości.  Dzień powoli się kończył. Przyszedł czas  na ognisko.  Rozmowy trwały. 
W czasie ogniska  Raven rozdał dyplomy za udział w zlocie. O ile dobrze pamiętam palmę pierwszeństwa miał Gryf z ponad 700 km.


 Wieczorem przeżyliśmy chwilę grozy. Na teren ośrodka wkroczyło wilko podobne zwierze. Bruus i jdarecki pewni byli że to wilk dla mnie był to nie do końca rasowy husky w kiepskiej kondycji. Cóż  nie będę się kłócić z panami po piwkach, zwłaszcza że "bestia" majestatycznie oddaliła się poza ogrodzenie. 


Ale tego wieczora to nie był koniec przygód. Po objazdówce kilka osób pojechało jeszcze do Janowca Podlaskiego i nie tylko. Wśród tych osób był explo997. Nie wracał dość długo. Koło północy dodzwonił się do kogoś informując, że złapał kichę i utknął gdzieś po drodze w kierunku na Białą Podlaską. Igor nie potrzebował długo się zastanawiać. Po chwili był zwarty i gotowy. zaopatrzony w pożyczone od nas łatki, swój spray naprawczy ruszył. Bruus krzyczał za nim żeby skręcał na Biała Podlaską- oczywiście pojechał na Białystok- ale w końcu się zreflektował. Na odsiecz ruszył tez 3pstrzy który jechał  do domu.  Z relacji Igora  wynikało że łatwo nie było ale  udało im się w świetle ze "zbokowozu" naprawić dętkę. Po objazdówce byliśmy tak padnięci, że  struktura wersalki a'la Karpaty nie przeszkadzała mi zasnąć snem kamiennym. I tak zakończył się dzień drugi.






































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz