poniedziałek, 20 lipca 2015

VIII zlot miłośników Rometa w Serpelicach 26-28 czerwca 2015- dzień trzeci i ostatni

I nadszedł świt i poranek - dzień trzeci. 
Obudziliśmy się nieco później niż w sobotę.Niektórzy  mimo zamieszania pospali sobie ciut dłużej.


Poranna kawusia- zapas zadobyty w sobotę.

Ci, którzy mieli najdalej, już zabrali się za pakowanie.






Pogoda rano straszyła  deszczem jakoś tak było pochmurno jakby  w każdej chwili maiło zacząć padać.



Jeszcze kilka uwag, porad.





Zaczęły się pierwsze pożegnania. Serdeczne uściski.



Pierwsza grupa  ruszyła jeszcze przed śniadaniem.





Jeszcze ostatnie chwile rozmowy, ustalania gdzie się spotkamy.




I pojechali ....








Rometowy baner z podpisami został zdjęty, starannie złożony i jak puchar przechodni trafił  tym razem do Bruusa.



O ósmej zjedliśmy śniadanie. Chyba właściciele pensjonatu  za grzeczne zachowanie i miły pobyt  postanowili nas pożegnać po królewsku. śniadanie było bogate a naleśniki znikały ....expresowo. Niestety  znów  była ta nieszczęsna niby herbata.


W końcu przyszedł czas i na nas. Zapakowani w towarzystwie Igora ruszyliśmy  w kierunku do domu.  Gdzieś za Łosicami Darkowi  stuknęło pierwsze 1000 km. Obowiązkowo fotka. 

Po drodze w pewnym momencie  między nas "wbiła" się pani w Cinquecento. W pewnym momencie mimo szykowania się do dalszego wyprzedzania  jakby zamarła i wyraźnie wpatrywała się w jadący przed nią "zbokowóz". Uniosłam się lekko żeby zobaczyć co się dzieje. Igorowi siodełko już doskiwierało i przesiadł się tyłkiem do kosza.





Po pierwszej  zajechaliśmy do domu. Obiad. Igor dostał pod nos wielką michę czereśni. Siedzieliśmy rozmawialiśmy jakoś tak Igorowi nie spieszyło się dalej mimo że maił jeszcze kawał drogi. Oczywiście skończyliśmy pod garażem gdzie moje K przeszło wymianę płynu hamulcowego i kilka małych zabiegów. W trakcie gaźnik stanął okoniem pokazując jaki jest złośliwy i lało się z niego wszystkim czym lać się mogło ale Igorowi udało się opanować sytuację. Co jakiś czas Igor znikał pod wiśnia -szklanką a to pod czereśnią... w końcu  zapakowaliśmy w "zbokowóz" obiecaną drukarkę.




Igor ruszył w Beskidy.  Uznaliśmy że z racji że weekend to ciężarówki nie powinny jeździć i Igor ruszył  na trasę  nr 7. Wieczorem doniósł że dotarł za Skarżysko- Roboty drogowe  za robotami drogowymi i ciężarówka za ciężarówką.  Rano przysłał sms: "wyspałem się tak, że nie słyszałem starującej 30tonowej frezarki do asfaltu obok której rozbiłem namiot. Przerwa w Krakowie i lecę dalej . Siódemka tradycyjnie półprzejezdna."

I tak dla nas zakończył się zlot. Wiemy ze Dziadek Staszek też sobie pofolgował i  pobił rekord długiego powrotu ze zlotu. Wiemy że Junk poszalał w górach Węgier i Rumunii... no a teraz  szykujemy się do ogniska u nas...

Do zobaczenia niebawem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz