I nadszedł świt i poranek - dzień trzeci.
Obudziliśmy się nieco później niż w sobotę.Niektórzy mimo zamieszania pospali sobie ciut dłużej.
Poranna kawusia- zapas zadobyty w sobotę.
Ci, którzy mieli najdalej, już zabrali się za pakowanie.
Pogoda rano straszyła deszczem jakoś tak było pochmurno jakby w każdej chwili maiło zacząć padać.
Jeszcze kilka uwag, porad.
Zaczęły się pierwsze pożegnania. Serdeczne uściski.
Pierwsza grupa ruszyła jeszcze przed śniadaniem.
Jeszcze ostatnie chwile rozmowy, ustalania gdzie się spotkamy.
I pojechali ....
Rometowy baner z podpisami został zdjęty, starannie złożony i jak puchar przechodni trafił tym razem do Bruusa.
O ósmej zjedliśmy śniadanie. Chyba właściciele pensjonatu za grzeczne zachowanie i miły pobyt postanowili nas pożegnać po królewsku. śniadanie było bogate a naleśniki znikały ....expresowo. Niestety znów była ta nieszczęsna niby herbata.
W końcu przyszedł czas i na nas. Zapakowani w towarzystwie Igora ruszyliśmy w kierunku do domu. Gdzieś za Łosicami Darkowi stuknęło pierwsze 1000 km. Obowiązkowo fotka.
Po drodze w pewnym momencie między nas "wbiła" się pani w Cinquecento. W pewnym momencie mimo szykowania się do dalszego wyprzedzania jakby zamarła i wyraźnie wpatrywała się w jadący przed nią "zbokowóz". Uniosłam się lekko żeby zobaczyć co się dzieje. Igorowi siodełko już doskiwierało i przesiadł się tyłkiem do kosza.
Po pierwszej zajechaliśmy do domu. Obiad. Igor dostał pod nos wielką michę czereśni. Siedzieliśmy rozmawialiśmy jakoś tak Igorowi nie spieszyło się dalej mimo że maił jeszcze kawał drogi. Oczywiście skończyliśmy pod garażem gdzie moje K przeszło wymianę płynu hamulcowego i kilka małych zabiegów. W trakcie gaźnik stanął okoniem pokazując jaki jest złośliwy i lało się z niego wszystkim czym lać się mogło ale Igorowi udało się opanować sytuację. Co jakiś czas Igor znikał pod wiśnia -szklanką a to pod czereśnią... w końcu zapakowaliśmy w "zbokowóz" obiecaną drukarkę.
Igor ruszył w Beskidy. Uznaliśmy że z racji że weekend to ciężarówki nie powinny jeździć i Igor ruszył na trasę nr 7. Wieczorem doniósł że dotarł za Skarżysko- Roboty drogowe za robotami drogowymi i ciężarówka za ciężarówką. Rano przysłał sms: "wyspałem się tak, że nie słyszałem starującej 30tonowej frezarki do asfaltu obok której rozbiłem namiot. Przerwa w Krakowie i lecę dalej . Siódemka tradycyjnie półprzejezdna."
I tak dla nas zakończył się zlot. Wiemy ze Dziadek Staszek też sobie pofolgował i pobił rekord długiego powrotu ze zlotu. Wiemy że Junk poszalał w górach Węgier i Rumunii... no a teraz szykujemy się do ogniska u nas...
Do zobaczenia niebawem
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz